Jesteśmy strasznie podekscytowani - okazało się, że nie musimy czekać do wiosny na budowe domu....
ale może od początku:) Jako że z przyczyn zupełnie niezależnych ode mnie wkroczyłam nagle w świat biznesu i stałam się posiadaczem własnej firmy o jakże wdzięcznej nazwie: "Małgorzata Górnicka - Usługi Weterynaryjne", perspektywa wzięcia kredytu znacznie się oddaliła do maja 2012 roku.
W związku z tak odległym terminem sprawy toczyły się dość leniwie... tyle czasu, po co wszystko robić na tzw. "łapu-capu". Zaplanowaliśmy nawet wakacje, zapłaciliśmy zaliczki - planowaliśmy nadrobić braki podróży poślubnej, której nie mieliśmy:) Aż tu któregoś dnia spadła na nas jak grom z jasnego nieba wiadomość, że ten nieszczęsny geodeta, na którego pomstowałam w ostatnich postach (a może nie pomstowałam - ale w każdym razie miałam taki zamiar;]) jednak poradził sobie z naszą jakże skomplikowaną sprawą i możemy rezerwować termin u notariusza:) Efektem było podpisanie aktu notarialnego, na mocy którego mój szanowny małżonek wszedł w posiadanie całkiem pokaźnego "gospodarstwa" pod zabudowę mieszkalno-zagrodową (wszystko wskazuje na to, że jednak będę mogła mieć osła;]). Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości - na razie (powtarzam NA RAZIE!!) jedynym posiadaczem działki jest Mikołaj. To niestety pociąga za sobą fakt, że dom, który mam nadzieje lada moment stanie na tej działce, też defacto będzie wyłączną własnością mojego męża. W związku z tym zastanawiam się, czy nie zmienić nazwy bloga na: Notatki młodej, oddanej i idealnej mężatki co by się moje walizki za szybko na progu nie znalazły:)
Ale teraz wracając do meritum: z tym aktem notarialnym udaliśmy się do naszego pana doradcy finansowego - ledwie biedaczysko pamiętał w jakiej sprawie my do niego:) Ostatnie spotkanie było pół roku wcześniej i tyle czasu zajęło nam załatwianie jednej formalności o którą nas prosił... no w zasadzie dwóch bo pierwszą był ślub - ale to akurat był pikuś w porównaniu z całą resztą:) no i Pan Paweł - nasz doradca sprowadził nas bardzo skutecznie na ziemię informując, że nie musimy czekać do wiosny, że ja jako wolny zawód mam nieco bardziej preferencyjne warunki otrzymywania kredytu i w związku z tym dom ma szanse się wybudować jeszcze w tym roku:)
Z tego też powodu narzuciliśmy teraz mega tempo - jesteśmy już posiadaczami projektu, właśnie dziś Mikołaj jedzie się spotkać z fachowcem, który ma nam pomóc przebrnąć przez urzędowe formalności związane z pozwoleniem na budowę:) odwołaliśmy też ostatecznie wakacje - ale mamy nadzieje, że nie będziemy tego żałować:)
Jeśli ktokolwiek ma ochotę zerknąć na "portfolio" naszego przyszłego domu to zamieszczam link:
http://www.mgprojekt.com.pl/domki/praktycznya/index.php
I w związku z taką możliwością, że mamy szanse nazwać ulicę przy której stanie nasz dom zbieram propozycje:) Na razie pojawiło się kilka ciekawych jak: Kasztanowa (dominującym elementem ogrodu ma być kasztanowiec), Mistrza i Małgorzaty - tego chyba nie muszę tłumaczyć:) Wszelkie pomysły są mile widziane i zostaną wzięte pod rozwagę:)
Nie będę opisywała w tym poscie wiejskich klimatów bo tak się akurat składa, że od dwóch tygodni i przez kolejne 3 mieszkam w warszawie w pożyczonym mieszkaniu Mikołaja chrzestnego... zaczął się sezon urlopowo-remontowy. Urlopy w lecznicach a remonty na kolei... to wszystko powoduje, że przy pracy na niemal 2 etaty nie bardzo opłaca mi się wracać na wieś... plotki znam tylko z opowieści Mikołaja i wiem, że Fidel i Szyszka żyją, mają się nieźle poza małym przeziębieniem i podobno w ogóle za mną nie tęsknią w ferworze polowań na różne żyjątka:) a właśnie - czy ostatnio pisałam, że szyszka nie wychodzi... otóż informuję wszem i wobec, że szyszka stała się pogromcą okolicznych kretów, myszy, ptaków i żab. Wypad na zewnątrz bez upolowania czegokolwiek co nadaje się do upolowania jest stracony. Dlatego usilnie co wieczór, a jeszcze częściej w środku nocy na wypadek gdyby naszła nas ochota na drobną przekąskę Szyszka dzieli się z nami swoimi smakołykami. Fidel aby nie być gorszym i pokazać, że też umie przyniósł mysz - nie zauważył tylko że na ogonie ma przyczepioną pułapkę na myszy:)
jeszcze tylko się pochwalę, że nasza drabinka (znaczy się drabinka niewątpliwie należy do kotów ale jest produkcji Mikołajowej) znalazła się na takim blogu z drabinkami dla kotów z całego świata:]
http://catladder.blogspot.com/ (wpis z 3 lipca 2011)
acha i obiecuję, że przycisnę Mikołaja ostatecznie w kwestii zdjęć ze ślubu:) zagrożę wymeldowaniem go z jego przyszłego domu, który nie jest mój;]
do napisania:)
wtorek, 5 lipca 2011
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Wiosna na całego
Dawno nie pisałam, ale tez nie do końca było o czym - sprawy z domem się wlekły niemiłosiernie. Jest już połowa kwietnia i według pierwotnych planów powinniśmy już składać wniosek o kredyt, a tymczasem my jeszcze nawet nie mamy aktu własności ziemi, nie mówiąc już o innych formalnościach, których przed nami masa... W związku z całym urzędowym bałaganem i opieszałością wokół naszej sprawy zmieniliśmy nieco plany. Ja założyłam własną działalność gospodarczą (wszelkie obliczenia pokazują, że jest to dużo korzystniejsze - przynajmniej w mojej sytuacji). Teraz więc na złożenie wniosku musimy czekać do przyszłej wiosny, mamy więc dużo czasu żeby bez pośpiechu pozałatwiać wszelkie pozwolenia i projekty. Zresztą krytycznie patrząc na tempo załatwiania wszystkiego w naszej gminie i tak byśmy chyba wcześniej nie zdążyli...
Na razie więc gromadzimy sami i z pomocą znajomych wszelkie gazety lub czasopisma związane z budownictwem, ogrzewaniem i planujemy wszystkie szczegóły - chcemy się skupić na energooszczędności - taka mała inwestycja w przyszłość:)
Tutaj wiosna już na całego, choć zanim na dobre się ociepliło i zazieleniło miałam już kilka epizodów poważnego przeziębienia i nawet jedną grypę... Niby tylko 40 kilometrów na wschód od warszawy, a powietrze już dużo ostrzejsze, większe różnice temperatur między rankiem a południem. Muszę na nowo opatentować sposób ubierania się wielowarstwowo - jak za dawnych czasów gdy dojeżdżałam do Warszawy ze Skierniewic i trzeba było przewidzieć różnice między temperaturą skierniewickiego poranka i wieczoru, pociągu oraz warszawskiego południa:)
Korzystając z okazji, że mieszkam na wsi postanowiłam stworzyć swoje pierwsze grządki - z moich wszystkich roślin jedynie papryka się nie udała. Dopóki rosła w okolicach pieca pod lampą to wszystko było ok, ale jak tylko przestało się palić w piecu zatrzymała się i ani rusz.... ale za to poziomki, kapusta, szpinak, lubczyk, cebula, ogórki, pomidory i inne dobrodziejstwa mają sie super, sadzonki są już ładnie wyrośnięte i czekają na wolniejszy dzień żeby przesadzić je już na zewnątrz:) A pranie suszone wiatrem i słońcem... wszelkie sztuczne zapachy płynów do płukania tkanin pod tytułem "zapach świeżego prania" nawet w niewielkim stopniu nie równają się z zapachem naszych ubrań... jak niesamowicie wygląda pranie, zwłaszcza białe, rozwieszone na sznurach na podwórku i powiewające na wietrze w blasku słońca. Niby takie zwykłe rzeczy, ale ja, która całe dotychczasowe życie spędziłam w mieście, wciąż jeszcze zachwycam się takimi drobiazgami:) I pewnie jeszcze długo będę odkrywać rzeczy, które dla tutejszych są czymś zupełnie naturalnym a dla mnie zupełnie niesamowitym i boskim:)
Przechadzki na stację w śniegu po kolana, przy mrozie szczypiącym w nos... przyjemność dość wątpliwa... Ale od kiedy zaczęło się robić wiosennie poranny spacer na stację czy przechadzka po południu jest prawdziwą przyjemnością. Śpiew ptaków, zielona trawa, szum drzew, pojawiające się coraz nowsze kwiaty na łąkach... Koty na płotach, szczekające psy. Zdarza się nawet bardziej dziksza przyroda. Okolica w której mieszkamy jest bogata w bażanty - niesamowite jak dostojnie potrafią przechadzać się po okolicznych polach i maszerować przez środek ulicy. A co powiecie na lisa - oko w oko metr przede mną... mierzyliśmy się wzrokiem sprawdzając czy stwarzamy dla siebie zagrożenie. po kilku chwilach każde z nas poszło w swoją stronę:) Ostatnio gdy pojawiło się więcej trawy na łące nad rzeką dokładnie na wprost naszego okna zaczęły się pojawiać sarny:) Ale prawdziwą frajdą są bociany, które wróciły już z zimowego "wygnania". W tym roku dopisały ze zdwojoną siła.. każdy spacer to okazja do zobaczenia bociana - lecącego, stojącego, szukającego przekąski. Ale prawdziwym zachwytem był bocian lecący z ogromną kępą traw w dziobie - zaczął wić gniazdo dla swojej bocianiej rodziny. Potraktowaliśmy to jako dobry omen na nadchodzący rok.
Niemniej z uroków wiosny cieszą się nasze koty. Szyszka zaliczyła jak na razie jedną wyprawę całodniowo-nocną. Od tamtej pory próg jest granicą, której stara się nie przekraczać, choć wczoraj w nocy skorzystała z deski którą przystawiliśmy z mikołajem do parapetu okna. Ucięła sobie krótki spacer i szybciutko wróciła po desce do domku. Za to Fidel - jako jedyny kastrat w okolicy wbrew pozorom całkiem nieźle sobie radzi:) codziennie wieczorem ustawia się pod drzwiami i czeka żeby go wypuścić. Wraca rano na śniadanie. Po pierwszych kilku walkach okupionych ranami hierarchia między okolicznymi kocurami została ustalona:)
Teraz koty czekają na profesjonalną drabinkę żeby mogły bezpośrednio z naszego pokoju wyruszać na nocne eskapady i wracać też prosto do pokoju:) Przechadzki w połączeniu z odchudzającą karmą czynią cuda:) Fidel stał się znów szczupłym kotem - prawie jak wtedy gdy zabieraliśmy go z lecznicy. Szyszka też trzyma linię:)
Jak przystało na prawdziwą wiejską gospodynię - dziś postanowiłam zrobić na obiad pierogi ruskie...:) Biegnę więc lepić pierogi... jak się porozklejają jak ostatnio to będę miała czas jeszcze jakieś kupić i udawać, że jestem pierogowym mistrzem:)
PS. Dziś wieczorem pojawi się link do albumu ze ślubu i przyjęcia:) Wreszcie... chwile to trwało, ale po ślubie dostaliśmy tylko zdjęcia od mojej siostry. Później czekaliśmy na jeszcze kilku fotografów... na jednego nadal czekamy, ale dochodzą mnie słuchy, że juz narasta niecierpliwość związana z chrapką na nasze zdjęcia:)
Na razie więc gromadzimy sami i z pomocą znajomych wszelkie gazety lub czasopisma związane z budownictwem, ogrzewaniem i planujemy wszystkie szczegóły - chcemy się skupić na energooszczędności - taka mała inwestycja w przyszłość:)
Tutaj wiosna już na całego, choć zanim na dobre się ociepliło i zazieleniło miałam już kilka epizodów poważnego przeziębienia i nawet jedną grypę... Niby tylko 40 kilometrów na wschód od warszawy, a powietrze już dużo ostrzejsze, większe różnice temperatur między rankiem a południem. Muszę na nowo opatentować sposób ubierania się wielowarstwowo - jak za dawnych czasów gdy dojeżdżałam do Warszawy ze Skierniewic i trzeba było przewidzieć różnice między temperaturą skierniewickiego poranka i wieczoru, pociągu oraz warszawskiego południa:)
Korzystając z okazji, że mieszkam na wsi postanowiłam stworzyć swoje pierwsze grządki - z moich wszystkich roślin jedynie papryka się nie udała. Dopóki rosła w okolicach pieca pod lampą to wszystko było ok, ale jak tylko przestało się palić w piecu zatrzymała się i ani rusz.... ale za to poziomki, kapusta, szpinak, lubczyk, cebula, ogórki, pomidory i inne dobrodziejstwa mają sie super, sadzonki są już ładnie wyrośnięte i czekają na wolniejszy dzień żeby przesadzić je już na zewnątrz:) A pranie suszone wiatrem i słońcem... wszelkie sztuczne zapachy płynów do płukania tkanin pod tytułem "zapach świeżego prania" nawet w niewielkim stopniu nie równają się z zapachem naszych ubrań... jak niesamowicie wygląda pranie, zwłaszcza białe, rozwieszone na sznurach na podwórku i powiewające na wietrze w blasku słońca. Niby takie zwykłe rzeczy, ale ja, która całe dotychczasowe życie spędziłam w mieście, wciąż jeszcze zachwycam się takimi drobiazgami:) I pewnie jeszcze długo będę odkrywać rzeczy, które dla tutejszych są czymś zupełnie naturalnym a dla mnie zupełnie niesamowitym i boskim:)
Przechadzki na stację w śniegu po kolana, przy mrozie szczypiącym w nos... przyjemność dość wątpliwa... Ale od kiedy zaczęło się robić wiosennie poranny spacer na stację czy przechadzka po południu jest prawdziwą przyjemnością. Śpiew ptaków, zielona trawa, szum drzew, pojawiające się coraz nowsze kwiaty na łąkach... Koty na płotach, szczekające psy. Zdarza się nawet bardziej dziksza przyroda. Okolica w której mieszkamy jest bogata w bażanty - niesamowite jak dostojnie potrafią przechadzać się po okolicznych polach i maszerować przez środek ulicy. A co powiecie na lisa - oko w oko metr przede mną... mierzyliśmy się wzrokiem sprawdzając czy stwarzamy dla siebie zagrożenie. po kilku chwilach każde z nas poszło w swoją stronę:) Ostatnio gdy pojawiło się więcej trawy na łące nad rzeką dokładnie na wprost naszego okna zaczęły się pojawiać sarny:) Ale prawdziwą frajdą są bociany, które wróciły już z zimowego "wygnania". W tym roku dopisały ze zdwojoną siła.. każdy spacer to okazja do zobaczenia bociana - lecącego, stojącego, szukającego przekąski. Ale prawdziwym zachwytem był bocian lecący z ogromną kępą traw w dziobie - zaczął wić gniazdo dla swojej bocianiej rodziny. Potraktowaliśmy to jako dobry omen na nadchodzący rok.
Niemniej z uroków wiosny cieszą się nasze koty. Szyszka zaliczyła jak na razie jedną wyprawę całodniowo-nocną. Od tamtej pory próg jest granicą, której stara się nie przekraczać, choć wczoraj w nocy skorzystała z deski którą przystawiliśmy z mikołajem do parapetu okna. Ucięła sobie krótki spacer i szybciutko wróciła po desce do domku. Za to Fidel - jako jedyny kastrat w okolicy wbrew pozorom całkiem nieźle sobie radzi:) codziennie wieczorem ustawia się pod drzwiami i czeka żeby go wypuścić. Wraca rano na śniadanie. Po pierwszych kilku walkach okupionych ranami hierarchia między okolicznymi kocurami została ustalona:)
Teraz koty czekają na profesjonalną drabinkę żeby mogły bezpośrednio z naszego pokoju wyruszać na nocne eskapady i wracać też prosto do pokoju:) Przechadzki w połączeniu z odchudzającą karmą czynią cuda:) Fidel stał się znów szczupłym kotem - prawie jak wtedy gdy zabieraliśmy go z lecznicy. Szyszka też trzyma linię:)
Jak przystało na prawdziwą wiejską gospodynię - dziś postanowiłam zrobić na obiad pierogi ruskie...:) Biegnę więc lepić pierogi... jak się porozklejają jak ostatnio to będę miała czas jeszcze jakieś kupić i udawać, że jestem pierogowym mistrzem:)
PS. Dziś wieczorem pojawi się link do albumu ze ślubu i przyjęcia:) Wreszcie... chwile to trwało, ale po ślubie dostaliśmy tylko zdjęcia od mojej siostry. Później czekaliśmy na jeszcze kilku fotografów... na jednego nadal czekamy, ale dochodzą mnie słuchy, że juz narasta niecierpliwość związana z chrapką na nasze zdjęcia:)
sobota, 12 lutego 2011
Skąd pomysł na bloga
Jakoś tak sobie pomyślałam ostatnio, ze kiepska jestem w regularnym utrzymywaniu kontaktów. Nie pamiętam nigdy o okazjach typu urodziny i imieniny (ale mam nadzieje, że większość z was już się do tego przyzwyczaiła i jako tako stara mi się wybaczać;]), ciężko tez mi znaleźć w całej bieganinie codziennej czas żeby do każdego z osobna zadzwonić i poplotkować. Nie oznacza to oczywiście, ze nie lubię tych osób do których już dawno nie dzwoniłam... właśnie nie... właśnie chodzi o to, że myślę o was wszystkich często, zastanawiam się co u was... Ponieważ wiec ciężko się z każdym spotkać, do każdego zadzwonić, postanowiłam zapoczątkować nowy sposób utrzymywania w miarę regularnych kontaktów... wpadłam na pomysł, że raz na jakiś czas np raz na miesiąc lub jak coś szczególnego się wydarzy, będę pisała mailową opowieść o tym co u mnie słychać, jak się posuwają sprawy organizacyjne. Jeśli któraś z was będzie chciała się tez podzielić ze mną tym co słychać u niej to niech odpisze... jeśli nie to nie... ale w ten sposób chociaż troszkę będziemy wiedziały co u nas słychać wzajemnie i jak za jakiś czas się spotkamy to przynajmniej będzie o czym porozmawiać... nie będziemy się czuć nieswojo:)
Tak więc zacznę od krótkich podziękowań, dla niektórych to będą kolejne, dla innych (niestety wstyd się przyznać) pierwsze. Więc wszystkim bez wyjątku chciałam podziękować za wspaniały wieczór panieński, a także za waszą obecność na ślubie - to było dla nas bardzo ważne, że pomimo chwili jaką trwała cała ceremonia poświęciliście niemal cały dzień, żeby być z nami:) Dziękujemy także tym którzy z różnych przyczyn nie mogli być z nami, ale płynęło do nas wiele ciepłych i życzliwych słów oraz myśli:) Jak będziecie dobrze trzymać kciuki za naszą budowę to byćmoże w następny karnawał będziemy mogli się odwdzięczyć mega dłuuugą i wieeelką parapetówką:) Ślub jak ślub... przygotowań cała masa, stresu co nie miara a zleciało jak z bicza strzelił... ani się obejrzeliśmy a już było po przysiędze, po przyjęciu:) Wszystkim, które jeszcze mają to przed sobą nie zamierzam mówić, żeby się nie stresowały, bo to dokładnie tak jak z maturą - samemu trzeba doświadczyć, że nie jest tak strasznie jak się wydaje:) Zdjęć jeszcze nie ma - tak to jest jak chcieliśmy zaoszczędzić na fotografie - jedni już dosłali nam zdjęcia inni jeszcze się ociągają. Obiecujemy jednak, że jak tylko wszystkie zdjęcia się pojawią to poddamy je selekcji i cenzurze i stworzymy jakiś album w wersji "sieciowej" żeby każdy mógł obejrzeć i ewentualnie ściągnąć sobie takie zdjęcia jakie będzie chciał:)
Jeszcze tylko tydzień po ślubie cieszyliśmy się samotnością i życiem małżeńskim we dwoje. Ostatni weekend stycznia nosił kryptonim "przeprowadzka" i muszę przyznać, że był dla mnie jednym z bardziej wyczerpujących od nie wiem kiedy. Pozbawiony prawie całkowicie snu z powodu dwóch dyżurów nocnych, pakowania, przewożenia, wypakowywania. W międzyczasie trzeba było jeszcze kupić regał bo nie mieściły się nam nasze książki i dokumenty. Udało nam się też kupić samochód (Renault clio II 1.4 extreme). Musze powiedzieć, że pomimo wielu plusów jakie daje przeprowadzka (u nas było jakieś 200 litrów niepotrzebnych rzeczy jak paragony, stare zeszyty, notatki, gazety, opakowania, puste pudełka po kosmetykach... było też jakieś 100 litrów nieużywanych już od dawna ubrań, które jeśli tylko ich stan na to pozwalał zostały spakowane i wywiezione do miejscowej parafii - mam nadzieję, że w tak małej miejscowości jak Cisie ksiądz wie które rodziny są w największej potrzebie)... ojej chyba straciłam wątek zdania;] no w każdym razie mamy nadzieję, że to była nasza przedostatnia przeprowadzka. Następna będzie mamy nadzieję tylko o kilkadziesiąt metrów do NASZEGO WŁASNEGO DOMU :))) (no może niekoniecznie - przez następne 30 lat będziemy go niejako współdzielić z bankiem, ale mam nadzieje, że nie będzie z niego korzystał). Jak już wspomniałam o samochodzie to ostatecznie udało nam się rozwiązać sprawę odszkodowania - trafiło na nasze konto, ale nie myślcie, że było łatwo. Mój rachunek telefoniczny za wszelkie naglące telefony do Benefii będzie niestety lekko zastraszający:) Teraz jeszcze pozostało nam sprzedać nieco "skrzywionego" punto (i bynajmniej nie dlatego, że musi się z nami rozstać) więc jeśli ktoś zna kogoś, kto zna kogoś... itd.... kto chciałby kupić lekko "skrzywione" punto z nowiutkimi lampami na dokładkę (których na szczęście nie zdążyliśmy zamontować) oraz z kompletem zimowych opon zupełnie gratis za jakieś 2100 to proszę śmiało podawać mój numer telefonu bo tak się akurat składa, że dysponuję tego typu ofertą:)
W ramach mini prezentów ślubnych za pieniądze z przyjęcia (po kupnie auta oraz odłożeniu na pierwsze formalności domowo-budowlane) ja kupiłam sobie nowiutką torbę lekarską z czerwonej skóry oraz kupuję na spółkę z moim współpracownikiem z Kabat aparat USG. W prawdzie używany, ale zawsze to coś na początek:) Mikołajowi natomiast zafundowaliśmy aparat ortodontyczny... Okazało się, że po zrobieniu wszelkich badań wykryto u niego nie do końca wyrażoną formę rozszczepu podniebienia, brak zawiązków niektórych zębów w szczęce co spowodowało niedorozwój szczęki, przerost żuchwy i w efekcie krzywe ułożenie całych łuków zębowych względem siebie. Okazało się, że poza aparatem czeka Go także podwójna operacja na żuchwie i szczęce na oddziale chirurgii szczękowej - jego prezent więc przeciągnie się w czasie dość mocno, znacznie przekroczy zaplanowany na ten cel budżet, ale skoro już zaczęliśmy to się nie poddamy tak łatwo i postaramy się to jakoś stopniowo udźwignąć.
Martwiłam się, że moje koty zginą pierwszego dnia po przeprowadzce na wieś. Zostały zaczipowane, wyposażone w obroże i znaczki, szyszka wysterylizowana. Zaszczepiłam je nawet przeciwko wściekliźnie - wiadomo jakiego stwora napotkają w lesie obok wsi;]). Szyszka nawet przy drzwiach otwartych na oścież nie skusiła się wyściubić choćby czubka najdłuższego ze swoich wąsów poza próg domu. Fidel zgrywał cwaniaka, wyszedł i spotkała go niespodzianka - poza kotami i psami, które miał szansę poznać w lecznicy, na świecie są też inne stworzenia np. kury. Niestety okazały się problemem nie do przeskoczenia. "Filet" wylądował w szafie a kolejna próba wystawienia go na dwór skończyła się kontuzją - tak chciał się uwolnić z moich ramion, żeby wrócić z powrotem do szafy:) Tak więc wygląda na to, że moje koty jednak pozostaną niewychodzące - przynajmniej na razie:)
Od przyszłego tygodnia kończę pracę na kabatach w pełnym wymiarze. Zostaną mi tu tylko dwa dyżury w tygodniu i dwie soboty, reszta w multiwecie, więc będę krążyć między jedną a drugą kliniką.Miejmy nadzieje, że z czasem osiądę gdzieś bardziej na stałę choć to nie jest głupie rozwiązanie - i tu i tu już się dość mocno przywiązałam i każda z tych lecznic ma inną specyfikę pracy i swoje wady i zalety:)
od przyszłego poniedziałku czyli 21 lutego ruszamy już pełną parą z przygotowaniami. Uprawomocni się podział ziemi Mikołaja rodziców, więc nasza działka zacznie formalnie istnieć. Będziemy mogli wystąpić o wypis i wyrys z planu zagospodarowania, sprawdzić czy nasz projekt domu się w ten plan wpisuje i go kupić. w międzyczasie trzeba będzie załatwić notariusza aby działka była nasza i wtedy zacznie się - geodeci, geolodzy, projektanci (jak ktoś zna kogoś godnego polecenia to proszę o namiary) - mapki, projekty, elektryczność, woda, oczyszczalnia przydomowa, pozwolenie na budowę, kosztorysy... miejmy nadzieję, że wszystko się uda i jeszcze w tym roku zgodnie z naszymi planami się wprowadzimy... nie to żebym narzekała, bo moi teściowie są bardzo mili... zresztą studia nauczyły mnie życia w grupie i mieszkania z innymi ludźmi... jednak po takim czasie samodzielnego mieszkania mamy z mikołajem już jakieś swoje nawyki, które musimy tłumić, jedna łazienka na 6 osób też nie jest komfortowym rozwiązaniem, zwłaszcza jak 4 z tych 6 osób wybierają się do pracy tym samym pociągiem:) No i Koty, które troszkę biegają po domu, ale jak nas nie ma to siedzą uwięzione w naszym małym pokoiku - niech się tylko zacznie wiosna i będą mogły rozprostować kości:)
No i to chyba tyle na razie... życzę wszystkim z was coraz więcej słonecznych dni, szczęścia tyle ile ja zaznałam ostatnio lub nawet jeszcze więcej i niebawem będę pisać po raz kolejny:)
Buziaki i Pozdrawiamy M&M
Tak więc zacznę od krótkich podziękowań, dla niektórych to będą kolejne, dla innych (niestety wstyd się przyznać) pierwsze. Więc wszystkim bez wyjątku chciałam podziękować za wspaniały wieczór panieński, a także za waszą obecność na ślubie - to było dla nas bardzo ważne, że pomimo chwili jaką trwała cała ceremonia poświęciliście niemal cały dzień, żeby być z nami:) Dziękujemy także tym którzy z różnych przyczyn nie mogli być z nami, ale płynęło do nas wiele ciepłych i życzliwych słów oraz myśli:) Jak będziecie dobrze trzymać kciuki za naszą budowę to byćmoże w następny karnawał będziemy mogli się odwdzięczyć mega dłuuugą i wieeelką parapetówką:) Ślub jak ślub... przygotowań cała masa, stresu co nie miara a zleciało jak z bicza strzelił... ani się obejrzeliśmy a już było po przysiędze, po przyjęciu:) Wszystkim, które jeszcze mają to przed sobą nie zamierzam mówić, żeby się nie stresowały, bo to dokładnie tak jak z maturą - samemu trzeba doświadczyć, że nie jest tak strasznie jak się wydaje:) Zdjęć jeszcze nie ma - tak to jest jak chcieliśmy zaoszczędzić na fotografie - jedni już dosłali nam zdjęcia inni jeszcze się ociągają. Obiecujemy jednak, że jak tylko wszystkie zdjęcia się pojawią to poddamy je selekcji i cenzurze i stworzymy jakiś album w wersji "sieciowej" żeby każdy mógł obejrzeć i ewentualnie ściągnąć sobie takie zdjęcia jakie będzie chciał:)
Jeszcze tylko tydzień po ślubie cieszyliśmy się samotnością i życiem małżeńskim we dwoje. Ostatni weekend stycznia nosił kryptonim "przeprowadzka" i muszę przyznać, że był dla mnie jednym z bardziej wyczerpujących od nie wiem kiedy. Pozbawiony prawie całkowicie snu z powodu dwóch dyżurów nocnych, pakowania, przewożenia, wypakowywania. W międzyczasie trzeba było jeszcze kupić regał bo nie mieściły się nam nasze książki i dokumenty. Udało nam się też kupić samochód (Renault clio II 1.4 extreme). Musze powiedzieć, że pomimo wielu plusów jakie daje przeprowadzka (u nas było jakieś 200 litrów niepotrzebnych rzeczy jak paragony, stare zeszyty, notatki, gazety, opakowania, puste pudełka po kosmetykach... było też jakieś 100 litrów nieużywanych już od dawna ubrań, które jeśli tylko ich stan na to pozwalał zostały spakowane i wywiezione do miejscowej parafii - mam nadzieję, że w tak małej miejscowości jak Cisie ksiądz wie które rodziny są w największej potrzebie)... ojej chyba straciłam wątek zdania;] no w każdym razie mamy nadzieję, że to była nasza przedostatnia przeprowadzka. Następna będzie mamy nadzieję tylko o kilkadziesiąt metrów do NASZEGO WŁASNEGO DOMU :))) (no może niekoniecznie - przez następne 30 lat będziemy go niejako współdzielić z bankiem, ale mam nadzieje, że nie będzie z niego korzystał). Jak już wspomniałam o samochodzie to ostatecznie udało nam się rozwiązać sprawę odszkodowania - trafiło na nasze konto, ale nie myślcie, że było łatwo. Mój rachunek telefoniczny za wszelkie naglące telefony do Benefii będzie niestety lekko zastraszający:) Teraz jeszcze pozostało nam sprzedać nieco "skrzywionego" punto (i bynajmniej nie dlatego, że musi się z nami rozstać) więc jeśli ktoś zna kogoś, kto zna kogoś... itd.... kto chciałby kupić lekko "skrzywione" punto z nowiutkimi lampami na dokładkę (których na szczęście nie zdążyliśmy zamontować) oraz z kompletem zimowych opon zupełnie gratis za jakieś 2100 to proszę śmiało podawać mój numer telefonu bo tak się akurat składa, że dysponuję tego typu ofertą:)
W ramach mini prezentów ślubnych za pieniądze z przyjęcia (po kupnie auta oraz odłożeniu na pierwsze formalności domowo-budowlane) ja kupiłam sobie nowiutką torbę lekarską z czerwonej skóry oraz kupuję na spółkę z moim współpracownikiem z Kabat aparat USG. W prawdzie używany, ale zawsze to coś na początek:) Mikołajowi natomiast zafundowaliśmy aparat ortodontyczny... Okazało się, że po zrobieniu wszelkich badań wykryto u niego nie do końca wyrażoną formę rozszczepu podniebienia, brak zawiązków niektórych zębów w szczęce co spowodowało niedorozwój szczęki, przerost żuchwy i w efekcie krzywe ułożenie całych łuków zębowych względem siebie. Okazało się, że poza aparatem czeka Go także podwójna operacja na żuchwie i szczęce na oddziale chirurgii szczękowej - jego prezent więc przeciągnie się w czasie dość mocno, znacznie przekroczy zaplanowany na ten cel budżet, ale skoro już zaczęliśmy to się nie poddamy tak łatwo i postaramy się to jakoś stopniowo udźwignąć.
Martwiłam się, że moje koty zginą pierwszego dnia po przeprowadzce na wieś. Zostały zaczipowane, wyposażone w obroże i znaczki, szyszka wysterylizowana. Zaszczepiłam je nawet przeciwko wściekliźnie - wiadomo jakiego stwora napotkają w lesie obok wsi;]). Szyszka nawet przy drzwiach otwartych na oścież nie skusiła się wyściubić choćby czubka najdłuższego ze swoich wąsów poza próg domu. Fidel zgrywał cwaniaka, wyszedł i spotkała go niespodzianka - poza kotami i psami, które miał szansę poznać w lecznicy, na świecie są też inne stworzenia np. kury. Niestety okazały się problemem nie do przeskoczenia. "Filet" wylądował w szafie a kolejna próba wystawienia go na dwór skończyła się kontuzją - tak chciał się uwolnić z moich ramion, żeby wrócić z powrotem do szafy:) Tak więc wygląda na to, że moje koty jednak pozostaną niewychodzące - przynajmniej na razie:)
Od przyszłego tygodnia kończę pracę na kabatach w pełnym wymiarze. Zostaną mi tu tylko dwa dyżury w tygodniu i dwie soboty, reszta w multiwecie, więc będę krążyć między jedną a drugą kliniką.Miejmy nadzieje, że z czasem osiądę gdzieś bardziej na stałę choć to nie jest głupie rozwiązanie - i tu i tu już się dość mocno przywiązałam i każda z tych lecznic ma inną specyfikę pracy i swoje wady i zalety:)
od przyszłego poniedziałku czyli 21 lutego ruszamy już pełną parą z przygotowaniami. Uprawomocni się podział ziemi Mikołaja rodziców, więc nasza działka zacznie formalnie istnieć. Będziemy mogli wystąpić o wypis i wyrys z planu zagospodarowania, sprawdzić czy nasz projekt domu się w ten plan wpisuje i go kupić. w międzyczasie trzeba będzie załatwić notariusza aby działka była nasza i wtedy zacznie się - geodeci, geolodzy, projektanci (jak ktoś zna kogoś godnego polecenia to proszę o namiary) - mapki, projekty, elektryczność, woda, oczyszczalnia przydomowa, pozwolenie na budowę, kosztorysy... miejmy nadzieję, że wszystko się uda i jeszcze w tym roku zgodnie z naszymi planami się wprowadzimy... nie to żebym narzekała, bo moi teściowie są bardzo mili... zresztą studia nauczyły mnie życia w grupie i mieszkania z innymi ludźmi... jednak po takim czasie samodzielnego mieszkania mamy z mikołajem już jakieś swoje nawyki, które musimy tłumić, jedna łazienka na 6 osób też nie jest komfortowym rozwiązaniem, zwłaszcza jak 4 z tych 6 osób wybierają się do pracy tym samym pociągiem:) No i Koty, które troszkę biegają po domu, ale jak nas nie ma to siedzą uwięzione w naszym małym pokoiku - niech się tylko zacznie wiosna i będą mogły rozprostować kości:)
No i to chyba tyle na razie... życzę wszystkim z was coraz więcej słonecznych dni, szczęścia tyle ile ja zaznałam ostatnio lub nawet jeszcze więcej i niebawem będę pisać po raz kolejny:)
Buziaki i Pozdrawiamy M&M
Subskrybuj:
Posty (Atom)