poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Wiosna na całego

Dawno nie pisałam, ale tez nie do końca było o czym - sprawy z domem się wlekły niemiłosiernie. Jest już połowa kwietnia i według pierwotnych planów powinniśmy już składać wniosek o kredyt, a tymczasem my jeszcze nawet nie mamy aktu własności ziemi, nie mówiąc już o innych formalnościach, których przed nami masa... W związku z całym urzędowym bałaganem i opieszałością wokół naszej sprawy zmieniliśmy nieco plany. Ja założyłam własną działalność gospodarczą (wszelkie obliczenia pokazują, że jest to dużo korzystniejsze - przynajmniej w mojej sytuacji). Teraz więc na złożenie wniosku musimy czekać do przyszłej wiosny, mamy więc dużo czasu żeby bez pośpiechu pozałatwiać wszelkie pozwolenia i projekty. Zresztą krytycznie patrząc na tempo załatwiania wszystkiego w naszej gminie i tak byśmy chyba wcześniej nie zdążyli...
Na razie więc gromadzimy sami i z pomocą znajomych wszelkie gazety lub czasopisma związane z budownictwem, ogrzewaniem i planujemy wszystkie szczegóły - chcemy się skupić na energooszczędności - taka mała inwestycja w przyszłość:)


Tutaj wiosna już na całego, choć zanim na dobre się ociepliło i zazieleniło miałam już kilka epizodów poważnego przeziębienia i nawet jedną grypę... Niby tylko 40 kilometrów na wschód od warszawy, a powietrze już dużo ostrzejsze, większe różnice temperatur między rankiem a południem. Muszę na nowo opatentować sposób ubierania się wielowarstwowo - jak za dawnych czasów gdy dojeżdżałam do Warszawy ze Skierniewic i trzeba było przewidzieć różnice między temperaturą skierniewickiego poranka i wieczoru, pociągu oraz warszawskiego południa:)
Korzystając z okazji, że mieszkam na wsi postanowiłam stworzyć swoje pierwsze grządki - z moich wszystkich roślin jedynie papryka się nie udała. Dopóki rosła w okolicach pieca pod lampą to wszystko było ok, ale jak tylko przestało się palić w piecu zatrzymała się i ani rusz.... ale za to poziomki, kapusta, szpinak, lubczyk, cebula, ogórki, pomidory i inne dobrodziejstwa mają sie super, sadzonki są już ładnie wyrośnięte i czekają na wolniejszy dzień żeby przesadzić je już na zewnątrz:) A pranie suszone wiatrem i słońcem... wszelkie sztuczne zapachy płynów do płukania tkanin pod tytułem "zapach świeżego prania" nawet w niewielkim stopniu nie równają się z zapachem naszych ubrań... jak niesamowicie wygląda pranie, zwłaszcza białe, rozwieszone na sznurach na podwórku i powiewające na wietrze w blasku słońca. Niby takie zwykłe rzeczy, ale ja, która całe dotychczasowe życie spędziłam w mieście, wciąż jeszcze zachwycam się takimi drobiazgami:) I pewnie jeszcze długo będę odkrywać rzeczy, które dla tutejszych są czymś zupełnie naturalnym a dla mnie zupełnie niesamowitym i boskim:)

Przechadzki na stację w śniegu po kolana, przy mrozie szczypiącym w nos... przyjemność dość wątpliwa... Ale od kiedy zaczęło się robić wiosennie poranny spacer na stację czy przechadzka po południu jest prawdziwą przyjemnością. Śpiew ptaków, zielona trawa, szum drzew, pojawiające się coraz nowsze kwiaty na łąkach... Koty na płotach, szczekające psy. Zdarza się nawet bardziej dziksza przyroda. Okolica w której mieszkamy jest bogata w bażanty - niesamowite jak dostojnie potrafią przechadzać się po okolicznych polach i maszerować przez środek ulicy. A co powiecie na lisa - oko w oko metr przede mną... mierzyliśmy się wzrokiem sprawdzając czy stwarzamy dla siebie zagrożenie. po kilku chwilach każde z nas poszło w swoją stronę:) Ostatnio gdy pojawiło się więcej trawy na łące nad rzeką dokładnie na wprost naszego okna zaczęły się pojawiać sarny:) Ale prawdziwą frajdą są bociany, które wróciły już z zimowego "wygnania". W tym roku dopisały ze zdwojoną siła.. każdy spacer to okazja do zobaczenia bociana - lecącego, stojącego, szukającego przekąski. Ale prawdziwym zachwytem  był bocian lecący z ogromną kępą traw w dziobie - zaczął wić gniazdo dla swojej bocianiej rodziny. Potraktowaliśmy to jako dobry omen na nadchodzący rok.

Niemniej z uroków wiosny cieszą się nasze koty. Szyszka zaliczyła jak na razie jedną wyprawę całodniowo-nocną. Od tamtej pory próg jest granicą, której stara się nie przekraczać, choć wczoraj w nocy skorzystała z deski którą przystawiliśmy z mikołajem do parapetu okna. Ucięła sobie krótki spacer i szybciutko wróciła po desce do domku. Za to Fidel - jako jedyny kastrat w okolicy wbrew pozorom całkiem nieźle sobie radzi:) codziennie wieczorem ustawia się pod drzwiami i czeka żeby go wypuścić. Wraca rano na śniadanie. Po pierwszych kilku walkach okupionych ranami hierarchia między okolicznymi kocurami została ustalona:)
Teraz koty czekają na profesjonalną drabinkę żeby mogły bezpośrednio z naszego pokoju wyruszać na nocne eskapady i wracać też prosto do pokoju:) Przechadzki w połączeniu z odchudzającą karmą czynią cuda:) Fidel stał się znów szczupłym kotem - prawie jak wtedy gdy zabieraliśmy go z lecznicy. Szyszka też trzyma linię:)

Jak przystało na prawdziwą wiejską gospodynię - dziś postanowiłam zrobić na obiad pierogi ruskie...:) Biegnę więc lepić pierogi... jak się porozklejają jak ostatnio to będę miała czas jeszcze jakieś kupić i udawać, że jestem pierogowym mistrzem:)

PS. Dziś wieczorem pojawi się link do albumu ze ślubu i przyjęcia:) Wreszcie... chwile to trwało, ale po ślubie dostaliśmy tylko zdjęcia od mojej siostry. Później czekaliśmy na jeszcze kilku fotografów... na jednego nadal czekamy, ale dochodzą mnie słuchy, że juz narasta niecierpliwość związana z chrapką na nasze zdjęcia:)

1 komentarz:

  1. Zazdroszczę Ci tego zakochania w polskiej wsi! Zachwyt budzącą się do życia przyrodą też by mi się pewnie udzielił gdyby nie bezlistosne alergie... ktróre w tym Poznaniu dają mi się szczególnie we znaki.

    OdpowiedzUsuń